Wiele się ostatnio mówi o narcyzmie. I dobrze. Zbyt długo ten temat pozostawał niewidoczny i narobił wiele szkód. Teraz wypływa jak gówno z zapchanego sedesu i śmierdzi.
Wokół mnie zawsze było wiele takich osób, mniej lub bardziej narcystycznych. Badam na sobie ten temat, doświadczam.
Jak to zagadnienie wygląda w ujęciu ustawień?
Narcyz to wyjątkowo zraniony człowiek, efekt patriarchatu, gdzie ojcowie byli surowi, władczy lub nieobecni, a matki uległe i usługujące. Ukryta wojna między rodzicami lub między rodzicem a światem zabierała całą przestrzeń macierzyństwa i ojcostwa tak, że dziecko było emocjonalnie, a niekiedy również fizycznie zupełnie samo. Dzieci w takich domach były do tego stopnia niewidziane, że zdrowe ego – jesteś, możesz tu być, jesteś ważna, wiele potrafisz, kochamy Cię – nie miało szans się rozwinąć. Porzucenie do granic możliwości. Kopciuszek, który czeka, aż zostanie zaproszony na bal.
Cechuje go dojrzałość emocjonalna dwulatka. Jego potrzeby są najważniejsze i nie mogą czekać. Ciągle testuje granice, sprawdza je, przekracza, wzbudza litość i z niej czerpie energię. Robi z siebie osobę nieporadną. Powoli i po cichu tworzy zależności z innymi, najczęściej pomocnymi i empatycznymi ludźmi. Ale tylko do momentu, dopóki ma kontrolę nad relacją i realną, namacalną korzyść.
Kiedy czuje się zagrożony, atakuje i nawet tego nie zauważa. Ta zupełna nieświadomość własnego oddziaływania na innych jest najbardziej charakterystyczna. W końcu dwulatek nie wie, że jest niegrzeczny.
Bliski związek z narcyzem nie jest możliwy bez kompromisu, bez zgody na bycie żywicielem, bez zapłacenia ceny własnego ja. Bo w takim związku królowa jest tylko jedna. Utrzymanie status quo gwarantują w takiej relacji dobrze poznane już w dzisiejszym świecie strategie: uwodzenie, wizje i manie wielkości, nieomylność, całkowita niewinność, bezbłędność, zależność i interesowność. Przy nieposłuszeństwie jest kara w postaci ciszy i wyniosłości, obwiniania za własne błędy, upokarzania, roszczeń, podpuszczania, gaslightingu, powolnej izolacji od bliskich i przyjaciół, oczerniania i dyskredytacji.
Niesamowite, że w każdym jednym wypadku mechanizm jest dokładnie taki sam. Przewidywalność szwajcarskiego zegarka.
Ale po co to?
Przecież wszystko w naszym świecie jest po coś i ma głębszy sens. Spróbuję tu wysnuć kilka wniosków.
Granice – mamy dwie, zewnętrzną i wewnętrzną. Zaburzenia zewnętrznej granicy w ustawieniach wskazują na przekroczenia na poziomie sprawcy i ofiary. Ktoś wtargnął do domu, przemoc, gwałty i zabójstwa. Jasna sprawa. Konfrontacja ofiary ze sprawcą odbudowuje zewnętrzne granice u obu, przywraca nurt miłości i spokój.
A ta wewnętrzna granica?
Tu sprawa jest bardziej skomplikowana. Dotyka naszej duszy, naszej esencji, tożsamości jako istoty, która ma prawo i zdolność do wyższych wartości, do życia po swojemu, w pełni swojego potencjału, do budowania siebie. W tym miejscu tworzy się równowaga między dawaniem a braniem. Tu wybieramy, kim jesteśmy, a kim nie, komu wierzymy i w co. Tu tworzą się godność i prawda. To, co oddziela nas i jednocześnie łączy z innymi. Nasze centrum.
I tą granicą narcyz jest najbardziej zainteresowany, bo on najczęściej nie ma z nią kontaktu. To ta granica chroni nas przed manipulacją, daje moc do realizacji indywidualnych pragnień. To ona chroni przed utratą siebie. Budujemy ją poprzez życiowe wybory, zachowania i wartości, którymi się kierujemy. Poprzez zobaczenie i uznanie swojego cienia. Kiedy jest słaba lub ruchoma, nie jest nam łatwo zachować stały kierunek, konfrontować się i wybierać.
Kiedy narcyz spotyka kogoś o ruchomej wewnętrznej granicy, przegląda się w nim jak w lustrze. Poszukuje kogoś, kto chętnie się nagnie, wybaczy, poświęci się, pomoże kosztem siebie. Kto da uwielbienie i wewnętrzną kontrolę nad sobą.
Czego nie dałaby osoba ze słabą wewnętrzną granicą, aby nie musieć konfrontować się ze swoją ciemną stroną, żeby być tym dobrym, niewinnym i litościwym.
To niech już ktoś za niego będzie tym złym. I tu z pomocą przychodzi narcyz. Stawia nas do własnej wewnętrznej granicy, własnych wartości bronionych za cenę wykluczenia, a nawet kary za brak lojalności.
Narcyz pojawia się tam, gdzie czas na zmianę moralności, kompletną przebudowę sposobów działania, myślenia i reagowania. Na poważnie, za cenę bycia tym złym, głupim, wariatem, nienormalnym, egoistą.
A jednocześnie to zwiastun wyjścia z niewoli i stanięcia na własnych nogach.
I wtedy wchodzi nowa jakość życia. Bezpieczeństwo, dorosłość i odpowiedzialność. Wolność. A w końcu miłość i życzliwość do narcyza i uznanie jego miejsca w życiu jako najważniejszego nauczyciela.
Ponoć ilość narcyzów wzrasta teraz w społeczeństwie.
A co z ilością ludzi, którzy nie wiedzą, kim są, którym wszystko jedno, co sobą wnoszą w ten świat, byle by było za co wyjechać na fajne wakacje?
Czyż ona nie wzrasta?
